16-04-2017

PRZEZ BABIMOST NA MORZE CORTEZA

Logistyka tegoż tripa sprawiła, że w wielkanocny czas wbiłam się z buciorami i mokrą głową do domu dopiero co poznanych ludzi.

Chwilę wcześniej na dworcu PKP Babimost na lajfie po raz pierwszy dotknęłam i zobaczyłam Magdę – czyli moją kosmiczną siskę. Miałyśmy za sobą godziny rozmów fejsbukowych i telefonicznych, ale tak namacalnie to pierwszy raz.

Przez śmiechy przy stole przebijał się kleksik stresu – że daleko, że jak to, że łódka i takie tam. Próbowałam to zagasić zapewniając że będzie super, no ale co ja mogłam. Nad ranem pobudka – Pan Tata wiezie nas do Berlina. Wypad z fury i hopsa, do terminala.

Szybka przesiadka w Amsterdamie. W liniach KLM przy ładowaniu bagażu pracuje sobowtór Adama z „Przystanku Alaska”! Mamy mało czasu, ktoś z obsługi wyhacza nas z tłumu, no i my pomijając setki ludu – pod taśmami, przez zakazy, za panią we fluo kamizelce – docieramy szybciej niż teleportem do gejtów. A na tym lotnisku od literki B do F się idzie z 40 minut 😉 Potem jeszcze tylko mały kilkunastosamolotowy zator na pasie startowym (nigdy tak długo nie stałam w kolejce) i lecimy do Meksyku.

MEXICO CITY

No tu było trochę gorzej – morale siadły chwilę po zamieszaniu z bagażem (zabierajcie, nadajcie, oddajcie…). Już tak blisko, już Ameryka, a tyle trzeba było czekać. Szczęśliwi ci, którzy znajdą miejsce do spania. Po przeczytaniu na www.sleepinginairports.net zdania: „I recommend sleeping in jail before sleeping in Mexico City’s airport.” wiedzieliśmy, że może nie być najróżowiej. Bingo kurwa! Albo pozajmowane siedzenia, albo wszystkie z poprzeczkami – NIE SPAĆ!

W desperacji kładziemy się na wielkich marmurowych schodach, na alumacie co mi ją Magda kupiła – skąd po godzinie snu przepędza nas policja a potem sprzątaczka. Jeszcze nigdy nie zmarzłam tak na lotnisku, nigdzie never ever.

furą po mieście

Lądujemy w La Paz! Wypożyczamy furę na lotnisku. W Hertzu chcieli nas wydymać na siano, więc bierzemy Europcara. Przyjeżdża po nas pan, wiezie do jakiegoś hangaru i ogarniamy papierki. Pytam pana jakie tutaj są zasady ruchu, na co dostaję zwięzły komunikat:

„nie można parkować przy żółtych krawężnikach. no i nie może pani stawać pod palmami, bo wtedy nie działa ubezpieczenie”.

Potem okazało się, że jest jeszcze parę bonusów – Meksykanie (a przynajmniej Lapazianie 😛 ) używają kierunkowskazów po to, żeby powiedzieć „będę coś robić – może zmienię pas, albo skręcę, ale nie wiem gdzie więc się domyśl człowieniu”. Światła awaryjne najczęściej po prostu mrugają sobie bo o nich zapomnieli, a na skrzyżowaniu ze znakami 4 ALTOS liczysz do 4 aut i przejeżdżasz. Nawet klaksonu jakoś inaczej używają. Rytmicznie tak. Aha – a curva peligrosa to znaczy niebezpieczny zakręt.

 

meta u JESUSa

Przed rejsem mamy jeszcze kilka dni na zwiedzanie i chill, więc szukamy naszej chaty. Jedziemy na wzgórze przy końcu miasta, na wysokości mariny w prawo i cyk – dwójeczka 😛 Wdrapujemy się wyżej i wyżej. Zamiast wróbli latają kondory. Hit! Na początku prawie wjechałam w przepaść jak się na nie gapiłam, a potem oczywiście już nikt nie zwracał na nie uwagi. Do 4 kondorów sztuka.

Okazało się, że nasza meta z bookingu to całkiem syta casa, w pytę lepsza niż na fotach. Dwupoziomowa, z oszklonym tarasem, klimą i w ogóle. Jesus (czyli gospodarz) nas wita, podaje kod do drzwi i zdupca bo ma swoje jakieś swoje ważne sprawy.

Rozrzucamy rzeczy po domu i ciśniemy na zakupy do Chedraui – pozostanie on naszym ulubionym sklepem. Nawet Wyborowa jest. Wyposażony na siódemkę z plusem. Na stoisku warzywnym panie ociosują kaktusy z igieł nożami, ładują do woreczków i se można kupić takie paletki. Pęczek kolendry grubości mojej łydki kosztuje w przeliczeniu na PLN 1,50. Ilość rodzajów papryk na wagę – sryliard. Nie kupuję żadnej bo boję się, że trafię na jakąś ostrą dzidę. Szalejemy w regałach. Na dziale alko łapię za rum Kraken (bo taki piękny). Razem z awokadami oraz kilogramowym worem nachosów Tostitos jedziemy na chatę.

Przed zmierzchem w wąwozie po lewej stronie latają fregaty i kondory – korzystają z bryzy. Wzgórze cyka cykadą, w oddali widać ocean, Kraken z limonką wchodzi jak należy. Tylko chwilowo czar pryska bo Magda ucieka przed gekonem co zasuwa po ścianie 😉

LA PAZ

Ciężko mi bardzo opisać to miasto, bo ma w sobie coś takiego magic-positive, że chciałabym naraz wszystko wykrzyczeć, że takie super. Z samolotu wyglądało na surowe, beżowe, spalone i zasuszone. A to taka strasznie nieprawda przecież.

Pierwszy trip na miacho – gorąco, ale wieje od morza i pomimo temperatury jest rześko i miło (sama się zdziwiłam). La Paz ciągnie się wzdłuż wybrzeża. Po jednej stronie ulicy promenada tudzież deptak czyli Malecon (ok 5 km). Po drugiej stronie knajpy i knajpeczki.

Grupa turystów z Polski, nieskalana jeszcze promieniami słońca – wpada w ten krajobraz i wbiega do morza.

My – biali, owinięci chustami i kapeluszami. Poza nami w wodzie nikogo – bo tubylcy w cieniu jedzą enchilady i piją piwo. Palmy szumią, kwiaty kwitną, ludzie się uśmiechają. Siedzimy w morzu i boimy się płaszczek.

Snujemy się po mieście, robimy przystanki kulinarne. Oczywiście towarzyszą nam Corona z limonką lub wspomniany przyjaciel Kraken. Na przystawkę dostajemy nachosy z różnymi salsami, z guacamole lub dipem z fasoli. Albo wszystkie na raz.

Nasze serca zostały w mini knajpince przy Maleconie, która miała 3 stoliki (ale za to kolorowe). Z właścicielem dogadywaliśmy się na migi, zaserwował nam najpiękniejszy posiłek: tortille z ośmiornicami, awokado i co tam kto chciał + Kraken w słoikach. Trzaskamy zdjęcia – a kierowcy, którzy wchodzą w kadr – zatrzymują się żebyśmy mogli zrobić ładne foto. No i oczywiścielody mango! Z takiego prawdziwego mango, które zostawiało włókna między zębami. Owoc mix, nie żadne konserwy. Omnomnom!

Kosze na śmieci – foka i żółw – to moi faworyci.

Żółw przyjmuje organiki, foka – inne.

ART

La Paz okazało się hiper przyjaznym miastem pełnym kontrastów. Od industrialnych ścian ze zardzewiałymi korkami, po skwerki obsadzone kolorowymi krzokami i wystawką rzeźb. Dziesiątki murali, takich na całe ściany budynków i malutkich, które zauważaliśmy dopiero na przerwie w spacerze. Kolorowe, jaskrawe, geometryczne, z motywami morskimi i nie tylko.

Jeszcze takie o:

No i seria rzeźb na Maleconie – co kilkaset metrów sztuka. Znawcą nie jestem, pozostaję w przestrzeni 2D – ale tam zatrzymywałam się przy każdej ze zwieszoną szczeną. Był wieloryb, grindwal z tyci grindwalowym dzieckiem, tercet damski w muszlach, facet z muszlową trąbką, Jacques Cousteau, giga-muszla ze srebrną perłą, rekin-młot, muszla w przekroju. Ale mój niekwestionowany hit to syrena z delfinem o której myślę do dziś.

Najsłynniejszą rzeźbą jest El Viejo del Mar. postać inspirowana rybakiem, któremu skradziono własnoręcznie wyciosaną z pnia drewnianą łódkę. autor Guillermo Gómez napisał:

„I have a paper boat
It’s made from a page
On which I have written my dreams
It has neither anchors, nor mooring ropes
I want to sail in it
On the seven seas; in the eighth
Where I know I will run aground in the port of my desires
… Has someone ever seen the light shining from his lighthouse?
…has anyone seen the shining light from its lighthouse?”

I coś, co wprowadziło rozjebkę systemu:

niespotykany widok – w obrębie nadmorskim brak billboardów.

Za to wszystkie reklamy namalowane są na ścianach. Kolory podkręcone odbijającym się słońcem walą po oczach. Kobaltowe, żółte, czerwone, wszystkie wszystkie wszystkie. Logosy Pacifico, Corony, Budlighta i innych – w ogóle nie blakną w takich warunkach i wszystkie wyglądają, jakby zostały namalowane wczoraj – nasycenie full (zastanawiamy się, czy wszystkie były wczoraj namalowane?).

Część zdjęć pochodzi z obiektywu pewnego zdolnego Pana Fotografa, a mianowicie dwaiosiem – serdeczne dzięki za udostępnienie zdjęć Dos!

Inne zdjęcia jego autorstwa możecie podziwiać tu:

www: dwaiosiem.pl       instagram: OBADAJ TUTAJ

 

Ciąg dalszy wyprawy już za chwilę – a tam pustynia, rejs i wycieczki wśród kaktusów. Stay tuned! 🙂

 

 

bit wyjazdu:

Artur Andrus Szanta narciarska

obczaj

Chcesz skomentować?

Twój adres email nie zostanie opublikowany.