31-12-2018

WULKANY NA KANARACH

22 listopada czwartek

Zarywam nockę żeby skopiować wszystkie filmy i seriale, robię kanapki i cisnę do Berlina. Flixbus mnie wydymał bo zapłaciłam 2 zeta za rezerwację miejsca, ale przez chińską wycieczkę nie byłam w stanie się do swojeg plejsa dopchać.

W samolocie trafiam na sąsiedztwo trzech drących się gówniaków ale na szczęście zassałam na Netflixie Narcosa więc słuchawki i hopsa – zaledwie po godzinnym opóźnieniu startuję. Przebijamy się przez chmury, widzę wyspę. Ktoś sobie zbudował dom na kraterze 😉 Jest zielono, białe domki, zastygła lawa i góry.

Przypomnienie: kupić miękką torbę na kółkach – nie być frajerem!

Cisnę z torbą pod górę do hostelu, wita mnie właściciel Manuel z kumplem co jest podwodnym fotografem. Wracają z pływania, mają na dachu deski surfingowe, zabierają moją torbę. W pokoju poznaję Denesa (czyta się Denesz bo jest Węgrem). Pracuje w Londynie w kasynie jako barman i przyjechał tu jeździć rowerem po wyspie.

Idziemy razem do baru niedaleko hostelu, pijemy piwo i gadamy. W przebłysku odwagi godzę się na sobotnią rowerową wycieczkę, żeby zobaczyć strzałę. Bo na Lanzarote jest ułożona z kamieni taka strzała, którą widać z nieba i nie wiadomo skąd ona tam. Wracamy do hostelu, poznaję kolejną współlokatorkę z Korsyki. W pokoju obok o dziwo Polak i Chińczyk 😉

23 listopada piątek

Na śniadanie ryba w panierce z tapas baru i Nestea o smaku mango. Wypożyczamy rowery górskie za 10 jurków i jedziemy w kierunku strzały.

Arrecife jest super, mega czyste, mało turystów, piękna promenada wzdłuż całego wybrzeża. Kolorowe mozaiki na chodnikach, palmy, ławki ławeczki. Po drodze zatrzymujemy się w marinie, gdzie Lanzarotczycy (Lanzarotanie? :P) poczynili już dekoracje świąteczne w formie choinek 😀

Droga wiedzie wzdłuż oceanu, po drodze mija się pas lotniska który jest może z 30 metrów od wody. Nie można za blisko podchodzić bo podmuch może urwać twarz 😛

Pogoda idealna – słońce i chłodny wiatr. W jakimś miasteczku po drodze stajemy w barze na mojito i daiquiri.

Niestety kawałek drogi dalej Denesowi spada łańcuch i wyglebia się na chodniku między turystami. Efekt: dziury w dłoniach. Oklejamy mu kierownicę chusteczkami i plastrami z Rossmana w wieloryby i naprzód.

Skończył się chodnik, teraz wulkaniczna szutrówka. Przetrwałam 30 skalnych schodów w górę i 30 w dół, pchanie roweru pod 20 zakrętów ścieżką po zboczu, slalom po urwisku między stołami restauracji – ale kiedy droga w większości idzie już tylko pod górę to mówię do siebie „na jasny chuj mje ta strzała?”

Spocona jak szczur oglądam Węgra jak on z tymi dziurawymi dłońmi zapieprza z góry w stylu kamikadze. A ja, z Polski, mam zgrabiałą dłoń od zaciskania hamulca.

Dlatego z tego fragmentu nie mam zdjęć 😛

Już nie mogę i już nie chcę. Jak najsłabsze ogniwo w amerykańskich filmach mówię „jedź sam, ja cię będę tylko spowalniać” i że zobaczę se strzałę na googlemaps.

Rozdzielamy się. Ja i moje 32 km w dupie jedziemy do tapas baru. Zamawiam duże piwo i koktajl z krewetek – wiem, że to jedna z lepszych decyzji w moim życiu. Denes wraca za jakiś czas i ustalamy, że wracamy do Arrecife inną drogą.

No i zaczynamy – pod górę, asfaltem, poboczem. Ale to nie najgorsze. Jest już ciemno, w naszych rowerach nie działają światła, a google wrzuca nas na trasę szybkiego ruchu. Walczymy o życie idąc z latarkami z telefonów obok aloesów i kaktusów, dopiero po chyba dwóch godzinach zjeżdżamy do promenady nad ołszyn.

Kupujemy rum i jedziemy na łódkę – należy nam się bo przejechaliśmy ponad 70 kilometrów :O

Na łódce jest jeszcze poprzednia załoga: Człowiek Święty Mikołaj – Maciek, Człowiek Grotołaz – Janusz, oraz Człowiek Zrobię Wszystko – Piotrek zwany PJ*. Robimy integrację. Egeszegedre! Denesz zostaje opatrzony przez Kapitana power-tapem i gazą. Topi okulary, bierze rower i jedzie na miasto 😀

 

24 listopada sobota

Rano robię rundkę po Arrecife, oddaję rower i żegnam się ze wszystkimi w hostelu. Na łódce przygotowania do wypłynięcia, robimy plan.

Mamy samochód i okienko czasowe przed przylotem załogi, więc jedziemy pooglądać wulkany do parku Timanfaya. Lub inaczej Góry Ognia (Montañas del Fuego).

Wikipedia mówi, że na głębokości 10 metrów temperatura wynosi 600 stopni Celsjusza, w co jestem w stanie uwierzyć biorąc pod uwagę późniejsze oględziny.

Rozkminiamy skały, głazy, żwirki, kamyczki, księżycowe krajobrazy. Próbujemy sobie wyobrazić ogrom jebnięcia wulkanu który to wszystko wyrzucił.

Wsiadamy w wycieczkowy autokar bo inaczej nie można tam łazić. Jedzie po asfalcie szerokości rowerowej ścieżki.

Na zakręcie – ja siedząca w połowie autobusu – zawisam nad jakimś uskokiem bo kierowca przednią osią już jest za, a tylnią przed zakrętem 😛 Oddzielona szybką od krateru. Życie na krawędzi.

Warstwy lawy i tego co w sobie zatopiła, plastelinowate skały obok jakichś postrzępionych grzebieni skalnych, luz mix, różne rodzaje i kolory.

Na końcu przy bazie pokazują nam dziurę w ziemi, z której wylatuje 300-stopniowe powietrze z wnętrza. Jest też studnia, na dnie której jest lawa, a na niej grill na którym gotują kucharze z restauracji obok. Droga powrotna jest przezajebista, asfalcik gładki, na każdym rondzie rzeźba, zero śmieci i syfu.

Zbliża się zachód, Marina Lanzarote prezentuje się całkiem kąśliwie. Grisza robi listę zakupów i jedziemy z Piotrkiem do Dino. 3 wypchane wózki na 3 tygodnie na 3 osoby. PJ ma misję i jak tetris upycha wszystko do naszego Fiata 500.

Po powrocie Papa Smerf karmi wszystkie gęby schabowymi z ziemniakami i mizerią. Do 0330 z Kasią i Piotrkiem rozmawiamy o żaglowcach przy belgijskiej czekoladzie i hiszpańskiej szynce.

* Piotrek zwany PJ.

Człowiek „niemarzeczyniemożliwych”.
Człowiek legenda.
Człowiek, który piecze na oceanie ciasto marchewkowe i szarlotkę.
Człowiek, który podróżował do Maroko bez paszportu (wymyślił na to rozwiązanie: jego córka zawiozła w Polsce paszport na lotnisko, wręczyła małżeństwu, które leciało do Malagi. On w tym czasie wypożyczył samochód na Gibraltarze i pojechał do Malagi ów paszport odebrać).
Można? Można.

 

Ciąg dalszy wyprawy w kolejnym wpisie.

ATLANTYK DZIEŃ 1-8

Stay tuned! 🙂

bit wyjazdu:

RAU PERFORMANCE - Nikt w Polsce

obczaj

Chcesz skomentować?

Twój adres email nie zostanie opublikowany.