18-05-2018

SKRZYPIĄCE ŻELAZKO

Pewnie nie będzie to jakimś super zaskoczeniem, że prasowanie czasu nie zakończyło swojego trybu w Horcie. Choć totalnie z innych względów. Ilość wydarzeń trzydniowych przerodziła się w zastrzyk pomysłów. Jeśli na miejscu istniałaby lokalna gazeta opisująca losy przybyszów – z pewnością nazywałaby się „Głos Horty”. Nikt z nas nie jest celebrytą (i tak nie zostalibyśmy w niej opisani) – musiałam zatem gazetę stworzyć sama.

tak oto powstało pierwsze (i jak do tej pory jedyne), częściowo zdigitalizowane wydanie.

Ze względów budżetowych zawiera aż jedną stronę, która do ostatniego dnia dzielnie przyjmowała cienkopisowe bazgroły artykułów inspirowanych życiem codziennym. Niestety nie wszystkie wydarzenia zakwalifikowały się do publikacji – będą zmiksowane poniżej.

horta – la linea

Dzień to dzień, noce są dwie: od 2000 do 0200 i od 0200 do 0800. 6h + 6 h. Taki podział, taki rytm. Spokój, bez pośpiechu. Co godzinę wpis do dziennika. Niby nic się nie dzieje, a cały czas coś. Naprawa, śniadanie, zmywanie, ha ha hi hi, faja, silnik lewy, stawianie żagli, kawa, krojenie, wpis, sprzątanie, obiad, drzemka, wieje, nie wieje, zrzucanie żagli, herbata, gadka, wieje mocno, wieje słabiej, zmiana kursu, prognoza, silnik prawy, czytanie, wpis, film, faja, oglądanie księżyca, wpis, sen, wieje. Jedna doba a tyle dni mieści.

Nakrywamy do stołu – każdy ma swoją ściereczkę, żeby łobiot nie zjechał.

Czasem tak nami rzuca, że w trójkę zapieramy się w kuchni żeby wymieszać sos w jednym garnku bo inaczej byłoby JEBS i po żarciu. Kuchnia polska, tajska, fusion – co chcesz człowieku. Od schabowych z mizerią po sos z gulaszu angielskiego, a jak. Naleśniki, owsianki, kurczaki w panierkach z płatków. W skali od 1 do 10, gastronomia stoi na takie mocne 15.

Kompozycja widokowa: ponton, bandera i siatka z owocami. Na tle świata bandera się systematycznie drze (następuje dekapitacja orzełka), ponton skrzypi i podbija leżące na nim odbijacze, owoce dyndają. Codzienny look, a w ogóle się nie nudzi. Zawsze inny kolor, inne bujanie, inne powietrze, inny wiatr. Czasem ciął gębę bo chciał przez ucho znaleźć sobie najkrótszą drogę na drugą stronę.

I wokół Ołszyn.

Ołszyn był ze spienionymi falami-górami, z falami z których nas spychał i biliśmy rekordy swojej prędkości na zjeździe, z bocznymi falsonami co łupały w nas jak niewidzialna piącha jakiegoś karka XXL, z falami-stożkami co nas podnosiły i zawieszały w powietrzu żeby potem jak popsutą windą pizgnąć nami z powrotem o taflę. Z falami co zrzucały garnki, z falsonami co mną rzucały o szafki i nabijały do kolekcji siniaki. Z falami nocnymi, których nie było widać i tylko z czerni dookoła syczały przelewaną pianą i z falami nocnymi widocznymi, co wyglądały jak z najlepszego filmu w Holiłudzie – że wszystko ładnie podświetlone jak pas startowy od naszej rufy aż do księżyca. Tak, był też płaski jak stół i zalany mgłą (znakomita okazja na dziubanie z Afry na drugą stronę dla śmiałków – o czym przy Cieśninie Gibraltarskiej non stop trąbili przez UKF).

 

Pojawiają się delfiny.

Jak  to powiedział Grisza: „Delfiny jak delfiny” 😉

Do La Linei dopływamy nocą. Zapoznane w Horcie polskie żelazko chwilę po nas, dwa inne polskie już stoją. Cały pomost nasz. Jest zimno i mokro, pierwszy raz ubrałam cały sztormiak. Na pomoście mnie buja i jest mi źle więc po małym piwie uciekam do kokpitu. Jesteśmy tacy zmęczeni, że nie dajemy się zaciągnąć do sąsiadów na bibeczkę.

Nie dajemy nawet rady dopić jednego szampana (który przez kolejne dni obija się w zlewie).

Od rana klops – keptyn chory. Zasysa komplet leków z naszej i sąsiedniej łódki. Idziemy z Griszą po zakupy. W małym osiedlowym sklepie przeżywam traumę. Po ostatnich kameralnych dniach wpadam w centrum plotkujących i drących się bab, które kotłując się opanowały mięsny dział. System jest taki: urywasz papierowy numerek, czekasz aż pan z obsługi wydrze się jeszcze głośniej, podchodzisz, zamawiasz. W międzyczasie nie mogę znaleźć sobie miejsca z wózkiem, nigdzie nie jest bezpiecznie, zawsze zasłaniam potrzebny produkt i muszę uciekać. Wąskie regały, tłok, hałas i ludzki pot w zimnej klimie. Zapłacone, wyjazd, kucam na zewnątrz i próbuję dojść do siebie.

Tankujemy, oglądamy jak startuje samolot i rura.

Płyniemy do Kartageny zgarnąć Karolinę. Statystyki zdrowotne na pokładzie trochę słabną (właściwie to w chuj). Migdałek nie daje o sobie zapomnieć więc krążymy między kuchnią a kabiną-szpitalem nosząc herbaty, lekarstwa i puree z ziemniaków (które w ramach integracji wciągamy na kolację). Płyniemy nockę, oglądamy „Pudłaki”, robimy sobie głupie foty, jemy ziemniaki. Czekamy.

Kartagena

Statystyki trochę w górę. Wsiada Karolina. Dzielimy się na dwie drużyny: zakupowo-praniową i szpitalno-biurową. Wypływamy z Kartageny bogatsi o spacer po mieście, wyprane koszulki i gacie, antybiotyki wielkości czopków oraz natknięcie się na jacht „A”*. Co niektórzy wypływają biedniejsi o 60 EUR (wizyta u doktora Felipe i recepta na 3 strony A4).

 płyniemy dalej: sarda, syca

Najpierw dobre wiadomości: palec (i właściciel), który miał bliskie spotkanie „skaleczenie vs. diesel” zaczynają dochodzić do siebie. Samotny kalmar który wyskoczył na pokład – obala mit że tutaj jest pustkowie. Pojawia się coraz więcej słońca, atmosfera doskonała.

No i teraz to drugie. Z tych lepszych pisarzy.

Mamy minąć południe Sardynii zahaczając tylko o końcówkę mistrala, który akurat wtedy ma się już wywiewać. Wszystko jest skalkulowane, sprawdzone, obliczone i nastawione. Zaczyna wiać, dłużej i mocniej niż było w prognozach. Windy chuj! Wszystko się przesunęło o dobrych parę godzin – więc wpłynęliśmy w to, co chcieliśmy ominąć. Wszystko zarefowane, dajemy na chusteczkach. W porywach 38 kn, a Żelazko pokazało swoje nowe oblicze.

Skrzypiało wszystko. Szafki, schodki, szuflady, drzwi i drzwiczki, listwy, koje, kible, stół. A nie, przepraszam – stół nie skrzypiał tylko podskakiwał, kiedy w żelazkowy brzuch pizgała fala od spodu i chciała rozlać kawę. Skrzypiało, jęczało, ruszało się, gięło, trzeszczało, chrzęściło. Ale do wszystkiego idzie się przyzwyczaić, potem całość zlewa się w jeden twór – chlupanie, skrzypienie, stukanie, szumienie razem.

Idę się zdrzemnąć, zostawiam otwarte drzwi, żeby widzieć kawałek światła z salonu i mieć jakiś odnośnik z ciemnej pieczary gdzie góra, gdzie dół. Nagle JEBS.

Gaśnie światło, wgniata mnie w burtę. Na górze coś spada. Wstaję, lecę i jeszcze przed drzwiami słyszę kolejne JEBS. Otwieram i widzę jak Grisza zbiera coś z podłogi. Okazało się, że jak dostaliśmy falsonem w bok – magnes puścił, drzwi się zatrzasnęły, a pufa z przeciwległej burty postanawia lecieć przez cały salon, po drodze się otworzyć,  rozsypać puszki z racami i wraz z nimi pizgnąć w ścianę przy drzwiach. Tadaaam! I tak nie zasnę, bo podrzuty są kosmiczne i nawet blokada na żabę nie daje rady. Strach przed przebiciem tchawicy szczoteczką podczas mycia zębów + kolejne siniaki 😉 No i super, no i cześć.

Od rana i następne dni spoko, suszenie, słońce (pierwszy raz krótki rękaw!). Co prawda mistral nie miał zbyt dobrego wpływu na samopoczucie (każdy na coś narzekał – a to ból głowy, świat w bańce, a to niedobrze, zaraz zemdleję, a to zamuła i spać – ogólnie nic przyjemnego) ale na poprawę humoru odbyłam rozmowę z panem z Orange (jako jedyna nie miałam zasięgu, a wszyscy mieli innych operatorów – więc próbowałam rozwiązać ten problem), w której usłyszałam zdanie hit:

„ja nie jestem w stanie przyjechać do pani i przestawić nadajnika na środek morza. musi pani przypłynąć do brzegu.”

Kilka delfinów, rozmów i wschodów później jesteśmy już obok Mesyny. O świcie, spakowana czekam na desant na brzeg. A wschód wyjątkowo ładny, gradientowy. Pomarańczowo-różowy.

Żeby nie trzeba było płacić kupy jurków za postój, pontonem zabiera mnie pan z obsługi portu. Mnie, plecak i 12-kilogramową torbę.

Po chwili muszę się cofnąć do jego biura – płynie za mną i krzyczy „SINIORA! SINIORAAAAA!” – pokapował się że nie wziął ode mnie żadnych dokumentów – więc równie dobrze mogłam już komuś wywalić na brzeg kilo koksu.

Potem z buta na dworzec, po drodze mijam biegających ludzi – i oni wszyscy pachną praniem! Ja nie wiem jak to możliwe. Cisnę pociągiem do Catanii. 2 godziny National Geographic za oknem – cała trasa na propsie: wzdłuż wybrzeża, zatoczki, skałki, urwiska, kaktusy, cyprysy, no i tunele, do których jak wsysa pociąg w skały – to zatyka uszy.

PS. Nie wiedziałam, że tam trzeba kasować bilet na dworcu. Nawet taki duży, z okienka, tekturowy. Nie skasowałam oczywiście, ale konduktor był wporzo i dokonał tego analogowo – długopisem.

W Catanii pizza, piwo, autobus na lotnisko i do Berlina. Po 2 tygodniach się rozpakowałam, zgrałam zdjęcia, rozczesałam włosy, zebrałam myśli i napisałam.

Horta – Mesyna / 2257 nm

20 dni (sea 337h / porty 99h / samoloty 8,5h / lotniska 15h / autobusy 6,5h / pociągi 2h), 10466 km: (żelazko 4180 / samoloty 5664 / autobusy 520 / pociągi 90)

 

___________

* superjacht A: Pewien skromny Rosjanin (pan Andrey) sprawił sobie kiedyś giga-motorówę „A” za 240 milionów funtów. Postanowił przebić sam siebie i pierdyknął sobie superowszy superjacht – za 360 milionów funtów. 8-poziomowy pokład z lądowiskiem dla helikoptera i takie tam. I najlepsze: „A” jest przystosowany dla 20 gości, podczas gdy załoga liczy 54 osoby 🙂 Gdy go widzieliśmy w Kartagenie, kończył właśnie próby morskie.

 

bit wyjazdu:

Dawid Podsiadło - Co mi panie dasz (Męskie Granie)

obczaj

Chcesz skomentować?

Twój adres email nie zostanie opublikowany.